19.06.2010

Stanisław Vincenz -- Listy z nieba

Tanasij wyjaśnił:
-Pożegnać się trzeba ze starą chatą, bo kto wie.
Dziedzic uśmiechnął się:
-Ale tam więcej luda jakiegoś, bo mówiliście "wy".
-Mój panie - odparł Tanasij - są tacy, co nawet do Hospoda mówią "ty", jakby z Nim świnie paśli. Ja - nie. Naprzeciw tej chaty jestem młoda drzewina, co chowa się pod starym lasem.

15.06.2010

Michal Paweł Markowski -- Antropologia, humanizm, interpretacja

Kto zaś niczego o życiu powiedzieć nie potrafi, literaturą w ogóle nie powinien się zajmować i odwrotnie: kto o literaturze zajmująco opowiadać nie potrafi, w życiu niczego doświadczyć nie może.

13.05.2010

Charles Bukowski -- Kobiety

Jestem zadowolony, że nie jestem ani zakochany, ani pogodzony ze światem. Tak, lubię być w konflikcie z całym światem. Ludzie zakochani stają się często drażliwi, wręcz niebezpieczni. Tracą poczucie dystansu i poczucie humoru. Robią się nerwowi, przypominają ponurych psychopatów. A niekiedy nawet stają się mordercami.

4.05.2010

Stanisław Vincenz -- Barwinkowy wianek

Jeśli dwóch kłóci się, a jeden ma rzetelnych 55% racji, to bardzo dobrze i nie ma co się szarpać. A kto ma 60% racji? To ślicznie, to wielkie szczęście, i niech Panu Bogu dziękuje. A cóż by powiedzieć o 75% racji? Mądrzy ludzie powiadają, że jest to bardzo podejrzane. No, a co o 100%? Taki, co mówi, że ma sto procent racji, to paskudny gwałtownik, straszny rabuśnik, największy łajdak.

21.04.2010

Stanisław Barańczak -- Drobnomieszczańskie cnoty

Ta bezbrzeżna, zalana, lirycznie-bokserska
pogarda w oczach artysty J., gdy się przysiadał w „Smakoszu",
zionąc nieogolonym, trzydniowym podmuchem:
jak to, ja pod krawatem, kiedy on pod muchą,
ja skrępowany, zapięty, gdy on ostatnią z koszul
rozrywa jak krwawiącą pierś! Filisterski brak serca,

Drobnomieszczańskie cnoty. Ja wiem, ja się ich wstydzę,
od lat poniżej poziomu: co za blamaż, nie mieć w biografii
ani jednego rozwodu, dewiacji, większego nałogu,
kuracji psychiatrycznej, burzliwego romansu na boku,
pełnokrwistego podcięcia żył; jakieś szare gary
zamiast tęczowych skandali; chandry trwające z tydzień,

zamiast żeby z szacunkiem szeptano: „B. ma potworne
wielomiesięczne kryzysy"; żadnego dzwonienia po nocy
do przyjaciół z żądaniem wysłuchania nowego wiersza,
pożyczki na heroinę czy kaucję, znalezienia w ich życiu miejsca
na mnie, całego; nic - czasem list, lecz bez krzyku „Pomocy!",
najwyżej z aluzją typu: „Ostatnio jestem w złej formie".

Ja wiem, to nie materiał na mit, kult, legendę,
film z Robertem De Niro, tłuczeniem szkła i scenami.
W którym momencie zszedłem, nieuleczalny prymus,
na tę złą drogę? Skąd ten chorobliwy przymus,
aby udawać zdrowie, ustawiać przed zniszczeniami
barierki i makiety? Z pewności, że nie będę

i tak słyszany ze swoją zdławioną supliką do nikąd
w chórze profesjonalnie dźwięcznych koloratur
skowytu? Z nieśmiałości? Z nie do zniesienia jaskrawej
świadomości, że trzeba by, na dobrą sprawę,
w każdej sekundzie życia powtarzać to samo „ratuj"?
Z niechęci do zakłócania spokoju ratownikom
czy z krańcowej niewiary w ich ratownicze talenty?

Z pychy: że dam sobie radę z upchniętym do wnętrza złem?
Czy z innej pychy: kogoś, kto jest tak niedościgłym mistrzem
własnych braków i mroków, że nie wciąga w ich system zamknięty
nikogo, igrając z myślą: och, gdybym tak zdradził, co wiem;
gdybym chciał wam powiedzieć to wszystko, o czym milczę?